Moja osobista Kukania, czyli skacząc z wulkanu na wulkan

Przywołuję wspomnienie z podróży, w którą zabrał mnie Maciek Świetlik podczas wirtualnej degustacji jak najbardziej realnych i degustowalnych win z wulkanicznych siedlisk. Realnych jak moje plany, aby w 2021 roku w końcu odwiedzić którąś z moich wytęsknionych Kukanii.

Jednym z blogów, które inspirują mnie swoją tematyką, rozmaitymi odniesieniami, oryginalnym stylem i ciekawymi metaforami, jest www.laminerva.pl, blog o sztuce. Jakiś czas temu Justyna, jego autorka, przypomniała mi o Kukanii. To baśniowa kraina wiecznej szczęśliwości, raj na ziemi, „Kraina pieczonych gołąbków”, w której nic nie trzeba robić i o nic się starać, bo wszystkiego jest pod dostatkiem.

Za Kukanią tęsknimy od tysiącleci. To w końcu nic innego jak biblijna Ziemia Obiecana czy starożytna Arkadia. Nazwę „Kukania” wywodzi się z Prowansji lub wczesnośredniowiecznej łaciny. W literaturze pierwszy raz pojawiła się w pieśni „Ego sum Abbas Cucaniensis” znajdującego się w słynnym średniowiecznego manuskrypcie „Carmina Burana”. Kukanię opiewano pod różnymi nazwami w Niemczech (Schlaraffenland), w Polsce (Szaflaria, Kraj Jęczmienny, Krzeczelów), we Włoszech (Bengodi), w Hiszpanii (Isla de Jauja) i oczywiście we Francji (Cucagne). **

Pieter Bruegel Starszy, Kraina szczęśliwości, 1567
Pieter Bruegel Starszy, „Kraina szczęśliwości” lub „Kraina Pieczonych Gołąbków”, 1567

Jam jest mnich z Kukanii,
a zgromadzeniem moim pijaczkowie,
i mą wolą jest być w szkole Decjusza,
który rankiem mnie szuka w karczmie,
a wieczorem nagi wyjdzie,
i tak płaszcza pozbawiony zawoła:
„Biada! Biada!
Cóż zrobiłeś, losie
niegodziwy?
Naszego życia radości
odebrałeś wszystkie!”

(Pieśń „Ego sum Abbas Cucaniensis”, autor tłumaczeni nieznany)

Za Kukanią tęsknili ludzie wszystkich epok, nic więc dziwnego, że jej mit przetrwał do naszych czasów. Wydaje się, że pod koniec 2020 roku ta tęsknota jest jeszcze bardziej dojmująca. Kukania odzwierciedla przyjemności, których utraty boimy się najbardziej. Jedną z największych trosk ludzi żyjących w średniowieczu był głód. Stąd właśnie w Kukanii było pod dostatkiem jedzenia, z owymi pieczonymi gołąbkami na czele.

Dziś też mamy swoje własne lęki i swoje własne krainy wiecznej szczęśliwości. W 2020 roku musiałam zrezygnować z soli mojego życia, czyli podróży. Chciałam odwiedzić Somló i polecieć na Teneryfę. Marzyły mi się wulkaniczne siedliska rodzące jedne z moich ulubionych win. Dzięki pandemii zapewne nie tylko ja cierpię na permanentne FOMO. Szczęśliwie jedna degustacja pozwoliła mi przenieść się do tych i jeszcze kilku innych miejsc, gdzie na łupkach, bazaltach i granitach rośnie winorośl produkująca wina o niezwykłym charakterze. I sprawiła, że kolejny wieczór spędzony w domu okazał się całkiem znośny.

Moja osobista Kukania jest osobliwa, bo rysuje się wulkanicznym krajobrazem i charakternymi, niekoniecznie przymilnymi winami. Oto piątka tych, które dały mi największą frajdę podczas tamtejszej degustacji:

Suavia Soave Massifitti Trebbiano di Soave 2017

Podróż zaczęliśmy od mocnego, cytrynowo-morelowego uderzenia w nos, dymiącego rozgrzanym kamieniem, z odświeżającym akcentem szałwii i białego pieprzu. Na język wino wpływa miękko i krągle, by za chwilę przypuścić zmasowany atak kwasowości i wszystko zakończyć charakterystyczną migdałową goryczką. Wino fermentowało i dojrzewało 6 miesięcy w stalowych kadziach.

Suavia Soave Massifitti 2017
Suavia Soave Massifitti 2017

Pietracupa Greco di Tufo 2015

Przenosimy się do Kampanii, skąd przyjechała do nas świetna ekspresja greco di tufo winifikowanego w stali. Pachnie herbatą, naparem z rumianku, kompotem z renklod, a cały ten uroczy obrazek przecina mocny akcent dymiącego bazaltu. W ustach bogatej, niemal tanicznej strukturze towarzyszy adekwatna kwasowość.

Pietracupa Greco di Tufo 2015
Pietracupa Greco di Tufo 2015

Suertes del Marqués Valle de Orotava Vidonia 2018

Z włoskiego buta robimy dużego susa na zachód i lądujemy na Teneryfie, którą chciałam odwiedzić wczesną jesienią tego roku. Wąchając i pijąc to wino z białej lokalnej odmiany listán blanco, od razu przenosimy się na skraj drzemiącego wulkanu. Cytrusowych owoców jak na lekarstwo, za to dużo tu aromatów suszonych śródziemnomorskich ziół i dymu – znaku rozpoznawczego win tego producenta i całej apelacji. Wino fermentowało i dojrzewało 11 miesięcy we francuskim dębie.

Suertes del Marqués Valle de la Orotava Vidonia 2018
Suertes del Marqués Valle de la Orotava Vidonia 2018

Suertes del Marqués Valle de Orotava El Esquilón 2015

Pozostajemy na Teneryfie, gdzie raczymy się czerwoną wersją szczepu listán, tym razem o przydomku negro. Ciekawostka dla nerdów: chilijskim odpowiednikiem listán negro jest czerwona odmiana país.  El Esquilón pachnie mieloną kawą, wzbitym na ogorzałej ziemi kurzem, torfem i rdzą. Jeżeli malina może być mroczna, to taką właśnie jej ekspresję znalazłam w gęstwinie smaków tego wina. Towarzyszą jej zadziorna tekstura i dogłębna kwasowość. Wino przeszło fermentację malolaktyczną i dojrzewało we francuskich beczkach minimum 10 miesięcy. Z pewnością nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.

Suerte del Marqués Valle de la Orotava El Esquilón
Suerte del Marqués Valle de la Orotava El Esquilón 2015

Ciro Biondi Etna Rosso Contrada San Nicoló 2017

To wino przywołało moje najlepsze wspomnienia z Sycylii. Czerwone wina z południowych stoków wulkanu zwykle są lżejsze, nieco bardziej „burgundzkie” w stylu w porównaniu z winami wytwarzanymi z samych szczepów na północnych stokach Etny. I taki właśnie jest ten kupaż nerello mascalese (80%) i nerello capuccio (20%): jeżynowy, krwisty i nieco rdzawy w aromatach. W smaku zaś zwiewny, wiśniowo-porzeczkowy z nutą czarnego pieprzu, i oczywiście przemycający sporo wulkanicznej energii. Wino fermentowało w stali, dojrzewało 18 miesięcy w małych i dużych używanych beczkach.

Ciro Biondi Etna Rosso San Nicolo 2018
Ciro Biondi Etna Rosso San Nicolo 2017

Zdjęcia win podesłał prowadzący degustację (dzięki!), a opisy pozostałej piątki win przeczytajcie u Roberta i Kamili. Wina degustowaliśmy w ramach tegorocznej edycji WinoForum.

 

* FOMO (skrót od ang. fear of missing out) – lęk przed tym, że omija nas coś istotnego i dobrego, że życie przecieka nam przez palce. Brzmi znajomo?

** www.histmag.org/Kukania-kraina-obfitosci-jedzenia-8540

Jedna odpowiedź na “Moja osobista Kukania, czyli skacząc z wulkanu na wulkan”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.