Zarabiać na blogu o winie

Tytuł u jednych wywoła wybuch perlistego śmiechu, u innych – śmiech przez łzy, a u jeszcze innych – uśmiech politowania. No, to smile!

Tegoroczny zlot polskiej blogosfery winiarskiej (oraz osób niekoniecznie piszących na blogu, ale opowiadających o winie poprzez inne rozmaite kanały komunikacji) w końcu się odbył w przestrzeni wirtualnej. Tym razem pod znamiennie inną nazwą: WinoForum. Było fajnie: bardziej inkluzywnie, omawialiśmy też różne zjawiska związane ze snuciem opowieści o winie. Mamy schyłek 2020 roku, czas najwyższy.

I faktycznie, robimy różne ciekawe rzeczy. Jedni z nas twardo obstają przy pisaniu bloga, inni idą w social media i, dla przykładu, stawiają wyłącznie na internacjonalnego Instagrama i Facebooka, jeszcze inni (w tym ja, czasem) postanawiają pójść w internetowy „eter” i odpalają podcast. Albo zupełnie rezygnują z pisania na rzecz mówienia (smuteczek, Janku, ale wszystko rozumiem). Na początku zeszłego roku stwierdziłam, że każdy kierunek, w jaki zmierzy ten czy inny bloger czy publicysta winny, będzie dobry, jeżeli stanie się jego własną, niewymuszoną drogą. Z przyjemnością obserwuję, że dziś przynajmniej spora część moich kolegów i koleżanek robi dokładnie to, na co ma ochotę, wiedząc, że nic nie musi. Nie musi zabiegać o niczyje względy, współpracować ani iść na kompromisy.

Tymczasem chwila na satyryczną dygresję. WinoForum o mały włos nie odbyło się w przestrzeni konferencyjno-szkoleniowej o nazwie „Smak Kariery” w warszawskim C. H. „Reduta”. Wiecie, motywacja, kreatywna energia, nieograniczone możliwości, wymienianie się wizytówkami. Aura żbików sukcesu rodem z „American Psycho”. Ok, koniec satyrycznej dygresji, w końcu wszyscyśmy siedzieli wygodnie przed komputerami w skarpetkach, a nie w wypastowanych butach i upranych ciuchach.

Jeszcze przed przeniesieniem WinoForum do przestrzeni wirtualnej bardzo krótko zastanawiałam się, czy dojdziemy do jakichś wniosków w kontekście monetyzacji naszych treści. Bo my, blogerzy winni, wciąż lewitujemy gdzieś w przestrzeni, w której tak zwany influencer marketing zupełnie nas nie dotyczy. Nie żebym żywiła nadzieję na jakąkolwiek monetyzację moich własnych wynurzeń. Chodzi mi o to, że wino jeszcze przez długi czas nie będzie na tyle nośnym tematem, aby skłonić importerów i sklepy winiarskie do inwestowania w winnych „influencerów”. Nawet jeżeli ci ostatni mają kilka tysięcy followersów na Insta. Jeszcze przez lata blogerzy nie będą mieli szansy na zaistnienie w świadomości szerszej publiczności, bo ludzie nie piją tyle wina, ile piją wódki, piwa czy whisky, która najpewniej jest generycznym Jackiem Danielsem.

A my, winni blogerzy, cóż, postanawiamy wyłożyć nasze ciężko zarobione pieniądze na wino, które jest trochę droższe od piwa, a nieco tańsze od whisky. Teoretycznie powinniśmy więc wypełnić tę potencjalnie bardzo pojemną „średnią klasę” alkoholi, dostępną całkiem szerokiemu gronu konsumentów, ale chyba jeszcze nie przyszedł na to czas. Bo nawet majętny dyrektor regionalny prędzej kupi sobie w Biedrze wino przecenione z 27,99 do 18,50 złotych niż pójdzie do sklepu specjalistycznego po dobrą flaszkę za pięć dych. Może i pójdzie, ale bezrefleksyjnie zażąda wtedy najdroższego bordeaux. Na prywatkę u prezesa. Taka sytuacja wytworzyła nam ogromną strefę komfortu, w której możemy pisać dokładnie to, co myślimy, bez oglądania się na tych, którzy mogliby nam za to zapłacić. Możemy na przykład pojechać po sponsorze tegorocznego WinoForum, który zorganizował nam randkę w ciemno z ponad dwudziestoma winami, z których co najwyżej kilka przechodziło przez gardło bez bólu, ale i bez emocji.

W klimacie ogólnego skitrania winnej blogosfery w tym naszym niemalże anonimowym medialnym grajdołku piszemy o winie, o którym opowieść jest utkana z trochę innych nici, niż te, z których snuje się wątki o mocnych alkoholach czy o piwie. Myślę, że nasze winne historie mają tych wątków znacznie więcej, a powody są co najmniej dwa. Pierwszy, oczywisty, wynika z bogactwa odmian winorośli, siedlisk i praktyk winiarskich. Drugim powodem jest specyficzny kontekst kulturowy, w jakim od setek i tysięcy lat znajduje się wino. Bryluje kryształowymi refleksami w strefie celebracji, bywa też bezpretensjonalnym składnikiem zwykłych, codziennych posiłków. To wszystko czyni wino dużo bardziej uniwersalnym alkoholem i towarzyszem wielu okazji. Bo oczywiście o konkurowaniu z piwem wciąż na polskim gruncie nie może być mowy.

Po co więc w ogóle piszemy i komunikujemy o winie? Z pewnością dla przyjemności i to jest nasz pierwszy i najważniejszy imperatyw – mój w każdym razie na pewno. Zwłaszcza że mamy o czym pisać. Ale skoro już piszemy i komunikujemy, to powinniśmy robić to naprawdę dobrze. Z miłości do wina i szacunku do Czytelników. Na szczęście w 2020 roku praktycznie żadnemu winnemu blogerowi nie trzeba tego uświadamiać, choć nie zawsze tak było. Z radością zauważam ogromny postęp w poziomie pisania o winie. Po prostu przestałam czytać niektóre blogi, żeby nie karmić mojego raka.

Tymczasem kwitnie winny Instagram, który, oprócz miłych dla oka wizualiów, oferuje nam niekiedy garść wiedzy o winie. O ile lubię przeglądać Insta, sama nie bardzo lubię tam publikować, choć statystyki pokazują, że to właśnie tam jesteście. I być może właśnie to jest przyszłość publikowania o winie. Ja jednak wolę wywnętrzniać się na blogu w swoich krótkich notkach, dłuższych przemyśleniach i bajaniach, ku własnej uciesze. No i – mam nadzieję – czasem też Waszej. Nie importerów, dyskontów czy supermarketów. W końcu to ja płacę. I Wy też! Blogerzy winni funkcjonują we wciąż nieskażonej strefie „influencerstwa”, w której zamiast zarabiać, wykładają kasę, przez co wymagają i wystawiają przemyślane i szczere oceny. Mam nadzieję, ze taki status quo utrzyma się jak najdłużej.

Jedna odpowiedź na “Zarabiać na blogu o winie”

  1. Kiedy wróciłem po 4,5 letniej przerwie na Instagram na bloga zetknąłem się ze „śmiercią” starych kawowych blogerów, wszyscy (99%) przenieśli się na stałe pod znak FB. Na Instagramie każdy mój post czytało a przynajmniej klikało pod 100 osób, wpisy na blogu szkoda gadać :) . Ale i tak jest fajniej! Ps urwały się też przy okazji różnego rodzaju próbki bo bez socjalmediów dość rychło stałem się hmmm… „niewidzialny” :D . Powodzenia z blogowego kawowego podziemia!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.