Smakowanie metodologii

Nowe-stare metody winifikacji stopniowo poszerzają nasze winne horyzonty. W odbiorze niektórych win to właśnie metoda wysuwa się na pierwszy plan. Jak w tym wszystkim odnajduje się charakterystyka szczepu i siedliska?

Nie jest niczym nowym, że jedni z nas preferują jedne metody produkcji win ponad inne. Pomimo ogólnego trendu na wina bardziej owocowe, mniej beczkowe albo kompletnie pozbawione wpływu drewna, wciąż silna jest grupa pod wezwaniem wanilii i orzecha albo po prostu czystej, szczerej dębiny. I to jest ok. Na rynku nie brakuje butelek, które zaspokoją potrzeby każdego winopijcy. W ostatnich kilku latach polski rynek wzbogacił się o jeszcze inne wina, których smaki i aromaty wielkimi literami informują nas o metodzie winifikacji. Wina, w których owoce winogron zlewają się czasem w nieco anonimową masę.

W winach „metodologicznych” charakterystyka szczepu winorośli i siedliska schodzą na drugi plan. Oczywiście wszystkie praktyki winiarza, czyli sposób uprawy i przerabiania moszczu na wino, mieszczą się w szerszej definicji terroir (ta węższa ogranicza się tylko do cech geograficznych siedliska). Wlewa się więc moszcz do zbiorników z amforą na czele i maceruje wiele dni, tygodni albo miesięcy. Efektem są wina taniczne, nieco dzikie w charakterze i często niełatwe w odbiorze. Pachnące ziołami, przyprawami korzennymi, suszonymi owocami i/lub ceramiczną doniczką pełną mokrej ziemi. Albo robi się niefiltrowane pét-naty. Często dwie butelki tych „ćwierćmusiaków” smakują bardzo do siebie podobnie, choć powstały w dwóch różnych miejscach, ze szczepów o całkowicie różnej charakterystyce organoleptycznej.

Tym, co sprawia nam przyjemność we wszystkich tych winach, jest dominujący wpływ tlenu, materiału, z którego zbudowano zbiornik do winifikacji, albo wpływ skórek winogron. Albo wszystkiego na raz. Czasem, na szczęście niezbyt często, ta przyjemność jest efektem sprytnego zabiegu niezbyt utalentowanego albo dopiero uczącego się winiarza, który to zabieg ma na celu ukrycie tej czy innej wady wina. Ale to temat na zupełnie inną rozmowę.

Na drugim końcu tego „maceracyjnego” continuum znajdują się wina najzwiewniejsze, utkane z najdelikatniejszych nici. Na przykład bardzo lekkie, niemal białe rosé. W tych najsubtelniejszych i najjaśniejszych sok ma kontakt ze skórką zaledwie przez kilka godzin, a cały proces zachodzi w niskiej, kontrolowanej temperaturze. Te wina bywają tak eteryczne, że nigdy w życiu byście się nie spodziewali, że pijecie, powiedzmy, wino z południa Włoch.

Czy to źle, że charakterystyka owocu ginie nam z oczu wśród meandrów metodologii? Myślę, że co kto woli. Najważniejsze przecież, aby wino nam smakowało. Osobiście wolę te, w których jednak można sobie pozgadywać, gdzie albo z jakich winogron powstały. Choć nie powiem, dwutygodniowa lub – a niech im będzie – miesięczna maceracja niektórych białych winogron daje fenomenalne i arcyciekawe efekty. I to jest ok.

Miłośnicy tropienia terroir w kieliszku i tak mają w czym węszyć i co smakować. Stosunkowo nowe tematy na rynku, jak pét-naty czy wina pomarańczowe, znajdują sobie coraz więcej miejsca na półkach sklepów i wine barów. I nie można im tego miejsca odmawiać. Zwłaszcza, jeżeli są po prostu dobre.

Czyli… jakie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.