Indeks słów zakazanych

Czy istnieją określenia win, na widok których czujecie zimny dreszcz i ciarki na plecach? Słowa, które budzą kontrowersje, terminy, które dezorientują albo archaizmy, które wywołują śmiech. Ja mam ich parę.

Czytając opis jakiegoś wina – na portalu lub blogu winiarskim, na stronie sklepu lub importera – można czasem trafić na słowa, które niejednego amatora win mogą wprawić w zakłopotanie albo – co mniej szkodliwe, a być może i dobre dla zdrowia psychicznego – odrobinę rozbawić. Można też trafić na słowa, które bez dodatkowych wyjaśnień mogą czytającemu zwyczajnie nic nie powiedzieć. Początkowo takich określeń naliczyłam siedem, ale już po publikacji za sprawą wiernych Czytelników, na których zawsze mogę liczyć, uświadomiłam sobie o istnieniu jeszcze paru. W taki sposób mój subiektywni indeks słów zakazanych wciąż pęcznieje!

Jednocześnie proszę, abyście nie traktowali tego tekstu nadmiernie poważnie, bo irytacja związana z ciarkami na plecach to zbyt mocne słowo na określenie uczucia, jakie mi towarzyszy, kiedy widzę te słówka. Natomiast tym, co pojawia mi się w głowie w takich momentach, jest krótkie pytanie: „dlaczego?”.

„Suknia”

Moja absolutna faworytka. To słowo najczęściej spotykam na stronach sklepów, które chcą promować szlachetny, by nie powiedzieć – arystokratyczny – charakter wina. I to jest w zasadzie bardzo urocze, że istnieją jeszcze osoby z bogatym zasobem słów o delikatnie vintage’owym zabarwieniu. Ja sama nieraz przyłapuję się, że mentalnie bardziej jestem osadzona w renesansowej Florencji niż we współczesnej Polsce.

Ale umówmy się, kto u progu lat 20. XXI wieku pisze jeszcze o sukni w kontekście koloru wina? Kiedy czytając opis, docieram do tego słowa, mam autentyczne ciarki na plecach. Zatem, drogie osoby czuwające nad tymi treściami, w imieniu nowego pokolenia klientów uprasza się o otrzepanie się z piwnicznego kurzu, wyszorowanie szlachetnej patyny dawnych epok i update Waszych stron. Asapem!

„Trunek”

Ok, pełna zgoda, że synonimem napoju alkoholowego jest słowo trunek”. A skoro wino jest napojem alkoholowym, to w konsekwencji musi być i trunkiem. I ja wcale nie mam zamiaru z tym dyskutować. Jednak… po latach czytania o winie i obserwowaniu zmian, jakie zaszły w sposobach opisywania go, coś mi w tym trunku jednak zgrzyta. Już mi ten trunek nie brzmi. Być może dlatego, że u nieco poważniejszych ode mnie, zawodowych winopisarzy to słowo praktycznie nie występuje. Wciąż jednak natykam się na to określenie na blogach czy w opisach winnych sklepikarzy i subiektów lubujących się w burżuazyjno-arystokratycznych archaizmach. Ale może to i dobrze? W końcu wciąż jest coś, co może wywołać w nas cień uśmiechu, choćby półgębkiem.

„Winko”

Jeżeli był trunek, to musi być i winko. To słowo powtarzają miłośnicy win, głównie pytając o polecenie jakiejś dobrej butelki albo którąś polecając. I wtedy pojawia się to sakramentalne: „dobre winko!”. Trudno, co robić. Choć… proszę Was, przestańcie. Bo chyba nie tylko mnie zęby bolą na dźwięk tego słowa, tak jak bolą od nadmiaru cukru w deserze. Coś jak „pazurki” w kontekście manicure’u czy „pieniążki”, „szyneczka”, „imprezka” albo ciążowy „brzuszek”. Ale wyobraźcie sobie, o zgrozo, że „winko” (na szczęście sporadycznie) pojawia się również w recenzjach win. I to jest moment, że muszę zaprotestować. Nie róbcie tego!

„Mineralność”

Biję się w pierś, bo również i w moich opisach win tego określenia nie brakuje. I na blogu, i na Facebooku, i na Instagramie, w podcaście chyba nawet też. W ostatnim czasie zdobyłam się jednak na mocne postanowienie poprawy w tej kwestii. Bo o co tak naprawdę chodzi z tą mineralnością? Chyba nie o to samo, co w wodzie mineralnej? Możemy odszyfrować, co autor ma na myśli, jeżeli wiemy, w kontekście jakiego wina pisze albo mówi on o mineralności. W czerwonych wyczujemy ją najczęściej jako aromaty ziemi czy rozgrzanych w słońcu skał. W białych przybierze ona postać na przykład niuansu morskiej bryzy, ozonu, a nawet prochu strzelniczego. Co więcej, wrażenie kontaktu z jakimiś elementami przyrody nieożywionej można odczuć również w ustach. Chodzi więc o coś, na co Anglicy mają przepiękne i jakże użyteczne słowo ″flavour″ oznaczające połączenie smaku i zapachu, a które nie do końca precyzyjnie przekładamy na język polski jako „aromat”.

Zatem jeżeli już wiemy, że wino mineralne nie jest winem gazowanym jak gazowana bywa woda, to raczej chcielibyśmy wiedzieć, co dokładnie autor danej recenzji rozumie przez mineralność. Ja robię to tak, że jeżeli już czuję w winie niuans mokrej kredy, ziemi czy rozgrzanej magmowej skały, to zamiast kazać palcom napisać słowo na „m”, kieruję je na klawiaturze w stronę tych bardziej precyzyjnych określeń.

„Męskie, „damskie”

Fragment etykiety genialnego pét-nata z odmiany neuburger od Petra Koraba / fot. Iza Popko

Zdarza się jeszcze, że gdzieniegdzie chlapnie się komuś przypisanie winu tradycyjnie pojmowanych cech płciowych. Lekkie, owocowe i najlepiej nie do końca wytrawne wina są „kobiece”, a skoncentrowane, cieliste i wytrawne to „męscy” mocarze. Krótko skwitowałam ten stan rzeczy w ostatnim odcinku mojego podcastu w kontekście win różowych.

W tej mojej pogadance nie wspomniałam o czymś jeszcze. Myślę, że najwyższy czas, aby sklepikarze i subiekci powielający wspomniane stereotypy zaczęli proponować wina według po prostu charakterystyki win, a nie płci klientów i klientek. Bo zapewne nie tylko ja znam wiele kobiet lubiących gęste i mocne czerwienie, a i mężczyznę niejednego, który lubuje się w finezyjnych bielach, a nawet różach.

„Pijalność”

Często w recenzjach win szczęśliwie trafiamy na pijalność, która jest zjawiskiem jak najbardziej pozytywnym i pożądanym. To zresztą słowo, które również i ja, zadowolona, popełniłam tu i ówdzie. Pijalność może być jednak rozumiana na co najmniej dwa sposoby. Z kontekstu jesteśmy w stanie bowiem domyślić się, że autorowi chodzi o wyrażenie albo tego, że wino po prostu dobrze się pije, albo tego, że wino w ogóle nadaje się do picia.

Więc to nie jest tak, że czepiam się używania tego słowa w ogólności. Wydaje mi się jednak, że w słowniku mamy do dyspozycji sporo innych słów na wyrażenie tego, że wino jest apetyczne i aż prosi się o nalanie kolejnego kieliszka. Bo przyznacie, że stwierdzenie, że wino jest pijalne, a więc nadaje się do picia, nie jest ani odkrywcze, ani interesujące. Znakomita większość win jakościowych jak najbardziej nadaje się do picia (nie licząc butelek sygnowanych znakiem jakości DNO DEN©) – po to w końcu zostały zrobione. Dlatego mam wrażenie, że musi się bardzo nudzić komuś piszącemu o dobrej relacji ceny do jakości w kontekście taniego wina, które przechodzi przez gardło bez bólu, ale i bez emocji. No, chyba że jest dziennikarzem i po prostu musi. Albo z silnego poczucia kronikarskiego obowiązku.

„Tank”

Ludzie wina lubią branżowy żargon. Lubią też makaronizmy, jednak czasem dla przeciętnego miłośnika win niektóre z nich okazują się całkiem przydatne. Przykład? 225-litrowa dębowa beczka, czyli barrique. Jedno słowo zgrabnie zastępuje cały ciąg wyrazów i to jest jak najbardziej OK. A jaki mam problem z tankiem? Bo importerzy i sprzedawcy czasem zapominają się w swojej branżowości (u winopisarzy tanku póki co nie wyłapałam) i komunikują swoją ofertę za pomocą odrobinę niechlujnego slangu. Tymczasem „tank” można łatwo zastąpić polskim i wszystko mówiącym „zbiornikiem”. Oczywiście doprecyzowując, czy chodzi o stal, pleksi, beton czy szkło. I od razu jest jaśniej, czytelniej i „po polskiemu”, nieprawdaż?

„Słomkowe”

fot. Dave Francis / Unsplash

Wyobraźcie sobie słomę. Jak wygląda? O ile dobrze pamiętam, a na wsi ostatni raz byłam nie tak dawno, jedna słomka może nosić całą gamę kolorów zaczynających się od różnych odcieni zieleni przez żółcie, aż po złamaną biel. Słomka bywa nawet brunatna. Którą słomkę z tego stogu ma na myśli autor pisząc, że wino przypomina ten kojarzący się z letnią sielanką kolor? Tak można by opisać praktycznie każde białe wino.

„Rubinowe”

Czyli jakie? To określenie zostawiłam na koniec, bo wydaje mi się, że społeczna szkodliwość jego użycia jest raczej znikoma. I, co ważne, nie uchodzi za błąd. Z drugiej strony mam wrażenie, że używając tej powszechnej kalki angielskiego słowa ″ruby wobec i tych jaśniejszych, i tych ciemniejszych, słowem – niemal wszystkich czerwonych win – powinniśmy jednak trochę uważać. Bo, uwierzcie mi, to jest tak, jakby powiedzieć o czerwonym winie, że charakteryzuje się czerwonym kolorem.

Wespół z „rubinowym”, czasem w opisach win trafiam też na towarzyszący mu przymiotnik „klasyczny” i tu już mamy konkretną zagwozdkę. Bo czy ktoś jest w stanie mi powiedzieć, jakie to są klasyczne rubiny? Na dowód, że odcienie podobne do tych, jakie znajdziemy w winach czerwonych, osiągają tylko czasami, podrzucam kilka przykładów tych kamieni.

fot. skarbynatury.pl
fot. madamlili.art-madam.pl
fot. pl.wiktionary.com
fot. shoshannah.com

Utarło się, że w kontekście wina rubinowy kolor to raczej ciepła czerwień, bez fioletowych refleksów. Jednak, jak widać, mają one w rzeczywistości miriady odcieni oscylujących między różem, krwistym karmazynem a fioletem. Więc jakie tak naprawdę wino pijemy, jeżeli mówimy o nim: „rubinowe”? Na szczęście nie musimy zbyt mocno zawracać sobie głowy ani rubinami, ani purpurą, ani słomkami. Barwa to mniej istotny marker jakości wina, choć informacja o intensywnym rubinowym kolorze zawsze dobrze się sprzeda. O purpurowych refleksach już nie wspominając.

14 odpowiedzi na “Indeks słów zakazanych”

    1. Ależ oczywiście, że tak! Że też zapomniałam o winku, które chyba deklasuje suknię… No i już widzę, że ten artykuł ma świetlaną przyszłość i czeka go wiele aktualizacji :)

      Polubienie

  1. He, he, fajnie, że poruszyłaś ten temat. Również mam kilka takich słów które poruszają czułe struny mej wrażliwości.

    Takim sztandarowym jest oczywiście: trunek,

    ale nie, nie sam tylko w dwóch popularnych zbitkach:

    Szlachetny trunek;
    Zacny trunek.

    Gdy to słyszę to…

    Najgorsze, że używają tego niektórzy autorzy których lubię i cenię.

    Innym słowem które przenosi mnie w czasie do XIX w. jest: winograd

    Jak go widzę, to czuję sie jakbym leciał aeroplanem albo jechał automobilem. ;-)

    Polubione przez 1 osoba

  2. „wino nieoczywiste” termin stworzony w redakcji Magazynu Wino , który niestety zrobił karierę w polskim internecie. Za każdym razem jak go widzę trafia mnie po prostu szlag. Jest tak sztuczny, nadęty, pretensjonalny jak to tylko możliwe. Za każdym razem kiedy ktoś używa tego terminu to wiem że próbuje przykryć nim swoją bezradność w porządnym opisaniu danego wina.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ja sama kiedyś używałam słowa „etykieta”, ale też teraz uważam, że jest trochę pretensjonalne.
      Z tym „nieoczywistym – zgodzę się, że bywa nadużywane. Moim zdaniem powinno pojawiać się w opisie jakiegoś wina jedynie w odniesieniu do jego bardziej „klasycznego” odpowiednika – na przykład jeżeli piszemy o jakimś nietypowym nowoświatowym rieslingu i staramy się porównać go do, dajmy na to, rieslinga w niemieckim stylu (ktoś wtedy spyta: a jaki to jest niemiecki styl, etc., etc…:))

      Polubienie

  3. Mnie to jednak niuans irytuje, bo użawne jest to słowo, według mnie, niezgodnie ze znaczeniem. Wg SJP niuans «drobna, subtelna, ledwie dostrzegalna różnica. Biję się też we własną pierś, gdyż sam go chyba też nadużywam :/

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ja też całkiem często używam tych niuansów. Ale z drugiej strony powszechnie używa się tego słowa na określenie czegoś subtelnego i ledwo dostrzegalnego, niekoniecznie w kontekście różnicy. Więc myślę, że miliony pisarzy nie mogą się mylić ;)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.