Nie CMS, lecz chęć szczera zrobi z ciebie sommeliera

CMS to potocznie używany skrót nazwy Court of Master Sommeliers, organizacji solidnie edukującej adeptów trudnej sztuki sommelierskiej na całym świecie. I oczywiście nadającej tytuł Master Sommeliera, który jest Świętym Graalem, Olimpem, Złotym Runem, Valhallą, słowem – wisienką na torcie w życiu każdego ambitnego sommeliera. W tym kontekście tytuł artykułu może być nieco kontrowersyjny. CMS to ciało stojące na bezdyskusyjnym poziomie, jednak jak fale o skalisty brzeg, tak każda uporządkowana winno-gastronomiczna wiedza z hukiem rozbije się o twardą restauracyjną rzeczywistość, jeżeli certyfikowany sommelier nie ogarnie.

Żeby nie doświadczyć gorzkiego zawodu z powodu nieumiejętności ogarniania, z okazji swoich urodzin wybrałam się z B. do warszawskich Kieliszków na Próżnej, gdzie czekała na mnie moja ulubiona załoga, a w każdym razie jej część. Nie było żadnego zdziwienia w tym, że załoga nie zawiodła mnie i tym razem. I to nie dlatego, że z grubsza mam zielone pojęcie o tym, na czym dobrze znają się chłopaki i dziewczyny z Kieliszków. Również nie dlatego, że po prostu lubię tę ekipę i czepiać się do detali nie miałam zamiaru, szczególnie przy własnych okrągłych urodzinach, coby wieczoru nie psuć ani sobie, ani B. Zresztą naprawdę nie było się do czego uczepić. Swoją drogą, polecam tamtejszego pstrąga, nad którym stuknęłyśmy się kieliszkami pełnego precyzji i głębi szampana Fleury Fleur de l’Europe Brut Nature. Połączenie tyleż banalne, co doskonałe w swojej oczywistości.

Chłodna i pracowita środa sterczała jak środkowy palec wystający z pięści tygodnia. Nic więc dziwnego, że ludzie, szukając choćby chwili ukojenia, masowo ściągali do stołecznych wine barów i restauracji, tworząc wesoły tłumek. A sommelierzy? Sommelierzy musieli się jakoś w tym wszystkim odnaleźć, a przy tym należycie obsłużyć każdy stolik. Można by rzec, dzień jak co dzień.

Pewien zaprzyjaźniony sommelier powiedział mi po Mistrzostwach, że ludzie z tak zwanej “branży” (winiarskiej – przyp. aut.) są klientelą najprostszą w obsłudze.

Taki właśnie “dzień jak co dzień” podczas jednej z konkurencji odtworzyli organizatorzy tegorocznych Mistrzostw Polski Sommelierów. I mam wrażenie, że w odróżnieniu od poprzednich edycji konkursu (byłam na dwóch), wymagania postawione finałowej trójce w zadaniu “serwisowym” pokryły się z autentyczną codziennością, na którą sommelierzy zawsze muszą być przygotowani. Oczywiście mogło być trudniej, bo “goście” naszych finalistów uwijających się na scenie przynajmniej nie marudzili, a tylko zadali jedno czy dwa bardzo konkretne pytania. Tymczasem ograniczony czas skutecznie utrudniał coś, co dla gości jest bardzo ważne, czyli nieco luźniejszą, uprzejmą rozmowę. Odsiew był bezlitosny.

Pewien zaprzyjaźniony sommelier powiedział mi po Mistrzostwach, że ludzie z tak zwanej “branży” (winiarskiej – przyp. aut.) są klientelą najprostszą w obsłudze. Z jednej strony to zaskakujące, bo to wesołe towarzystwo wiecznie nienapitych krytyków zawsze bacznie przygląda się jakości obsługi, za którą (zwykle) płaci. Z drugiej strony, stwierdzenie znajomego w ogóle mnie nie dziwi, bo przecież obydwie strony tej gastrobarykady zazwyczaj dobrze się znają, a nawet lubią. Wizyta przy kieliszku jest wtedy świetną okazją i do uprzejmej rozmowy, i do wymiany doświadczeń, wreszcie pretekstem do powrotu w dane miejsce.

Nie dziwi mnie też, kto zdobył najwyższe noty podczas wspomnianych Mistrzostw. Przypomnijmy: pierwsze i jak najbardziej zasłużone miejsce zajął Kamil Wojtasiak z warszawskiego Butchery&Wine, drugie – Maciej Sokołowski (o inicjałach, które, mam nadzieję, wróżą mu świetlaną przyszłość), trzecie natomiast – Łukasz Głowacki z poznańskiej Mugi. Na dalszych pozycjach często gęsto plasowali się członkowie ekipy Vini e Affini, a więc między innymi załoga Kieliszków.

Nie było niespodzianką również to, co liczyło się podczas Mistrzostw, czyli przede wszystkim dokładne wykonanie wszystkich zadań w określonym czasie. Udało się to tylko Wojtasiakowi. To właśnie zręczność i pamięć o tym, co jest do zrobienia są, poza fachową wiedzą, absolutnymi podstawami w zawodzie sommeliera. Ja na szczęście z zegarkiem w ręku nigdy nie siedzę, bo nie muszę. Poza tym zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo ogarniać w danym momencie musi mój sommelier. Szczególnie jeżeli tydzień pokazuje nam środkowy palec, tłumy korpoludków chcą odreagować, a sommelier staje się swoistym psychoterapeutą, którego wszyscy potrzebujemy. I którego sobie i Wam serdecznie życzę, przynajmniej od czasu do czasu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.